Wielki Las

Żyłem w Sodomie, pomyślał Anioł, patrząc na kilkudziesięcio milowy las u swoich stóp.
Faktycznie zestawiając ze sobą przestrzenie Wielkiego Miasta, z żywą i nieogarniętą połacią lasu, nawet niemetaforycznie nasuwała się myśl o miejscu zepsutym, ciasnym, krępującym ludzką osobę.
Słońce wschodziło ponad Wzgórzami, których nie potrzeba było nazywać inaczej jak Wzgórza. W oddali majaczył zamglony szczyt, nie będący niczym innym jak wniesieniem wybijającym się ponad inne w okolicy, stojącym dumnie.
Był czerwiec. Wszystko wokół żyło, kwitło, pachniało. To był ten moment, w którym wybuch nieposkromionej żywotności natury na chwilę przyćmiewa wszystkie problemy, odurza wonią nieskrępowanego życia, które od wieków trwa – umiera i odradza się na nowo.
Przyroda to niepojęte zagadka.
Dlaczego wiele klasztorów różnych religijnych tradycji lokowło się w naturalnych enklawach, pośród dziewiczej, niczym nietkniętej natury? – pomyślał Anioł.
Odpowiedź pojawiła się jasna i klarowna. Odpowiedzią była harmonia.
Mimo trwającej od zawsze walki, którą Darwin nazwał walką o byt, słusznie, bądź i nie, a którą w szkołach uczono dzieci opisywać w łańcuchach pokarmowych, mimo tej walki, przyroda pozostaje tworem harmonijnym, w którym stratę zawsze rekompensuje jakiś ogólny zysk, a śmierć nieprzerwanie przeplata się z życiem, tworząc krąg, który od wieków toczy się stabilnie i niezachwianie.
Anioł patrząc na Wielki Las, miał poczucie integralności z całym wszechświatem, który krążył wokół niego niezliczoną ilością drobnych robaczków, liści, ptaków i mikrocząsteczek unoszących się w powietrzu, pochłaniających go i wcielających w siebie.
Bezkres lasu, morza, pustyni zawsze przeraża. Nawet przyjemny widok niewzburzonej tafli oceanu, pozostawia w nas strefę lęku, przed tym, że ja – silny i niezwyciężony człowiek, nie znaczę nic wobec takiego bezkresu. Jestem niewielką cząstką wielkiego lasu, kroplą nie na miarę oceanu i ziarnem piasku, jednym z miliardów w nieobjętej wzrokiem połaci pustyni.
W tej perspektywie ja – silny i niezwyciężony człowiek, tracę swój wrodzony indywidualizm, staję się mały, by nie rzec karłowaty wobec otaczającego mnie ogromu.
Bezbronność to rzecz, której od zarania dziejów my – ludzie chcieliśmy się wyzbyć. Zaczęliśmy więc masowo tworzyć narzędzia obronne, by kontratakować, pozbawić siły las, okiełznać zwierzęta, poskromić nieprzyjazną, zabierającą nasz indywidualizm naturę.
Sami wygnaliśmy się z Raju. Własnymi rękoma, łopatami, toporami i mieczami utorowaliśmy sobie drogę do wyjscia. Chcąc być niezależni i bezpieczni, staliśmy się wygnańcami we własnej ojczyznie, banitami we własnym domu. Na własne życzenie.
Jasne promienie słońca dotykały teraz twarzy Anioła. Po bezchmurnym niebie przesuwał się klucz żurawi,  ktorych charakterystyczne „gęganie” rozrywało chwilami, niczym innym nie wzruszoną ciszę tego zielonego wszechświata.
– Tu narodził się czlowiek – wyszeptał cicho chłopak.
Zamknął oczy, by poczuć wiatr na swojej twarzy, usłyszeć szept czternastu tysięcy dębowych liści.
Ukojenie, nic innego w tym momencie nie istniało. Spokój na miarę jednomiliardowej części wielkiej ukladanki wszechświata.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s